///

Phishing w słoiku. Dlaczego fałszerze miodu byliby świetnymi hakerami?

Panoramiks

Każdy z nas potrzebuje odskoczni od codziennych obowiązków i monitora. Dla mnie tą przestrzenią są pszczoły i praca w pasiece. Jednak po kilku latach w tej branży dochodzę do zaskakującego wniosku: firmy handlujące miodem na masową skalę mogłyby prowadzić profesjonalne szkolenia z… phishingu i socjotechniki.

Phishing w słoiku, czyli jak nabrać konsumenta

Dlaczego stawiam taką tezę? Ponieważ miód to obecnie jeden z najczęściej fałszowanych produktów spożywczych na świecie, stojący w jednym rzędzie z oliwą z oliwek czy mlekiem. Metody „oszukiwania” zmysłów konsumenta są uderzająco podobne do tych, których używają hakerzy, by wyłudzić nasze dane.

Jak wygląda „miodowy phishing” w praktyce?

  • Fałszowanie pochodzenia: Etykieta krzyczy „Miód z polskiej pasieki”, a małym drukiem czytamy o „mieszance miodów z UE i spoza UE”. W branżowym tłumaczeniu to często tani miód techniczny z Chin. To dokładnie jak e-mail z „Twojego banku”, który na pozór wygląda na prawidłowy, a w rzeczywistości w adresie nadawcy ma ukrytą, podejrzaną domenę.
  • Syropy zamiast nektaru: Dodawanie syropów ryżowych, cukrowych, kukurydzianych czy buraczanych odbywa się tak, by smak i konsystencja oszukały nawet doświadczone podniebienie. To czysta socjotechnika – produkt ma wyglądać i „zachowywać się” jak oryginał, by uśpić naszą czujność.
  • „Tuning” termiczny: Przegrzewanie miodu powyżej 42 stopni Celsjusza sprawia, że miód jest zawsze płynny i klarowny. Tego właśnie często oczekuje nieświadomy klient, ale taki proces przegrzania niszczy enzymy, a więc prawie wszystkie właściwości prozdrowotne. To jak piękna, ale pusta strona logowania do serwisu, który nie istnieje – ładna fasada bez żadnej wartości pod spodem.
  • Brak pyłku: Mechaniczne filtrowanie miodu pozwala usunąć pyłek kwiatowy, który jest „odciskiem palca” pozwalającym zidentyfikować pochodzenie produktu. To zacieranie śladów godne najlepszego malware.

Pszczelarstwo uczy weryfikacji i czujności

Zarówno w pasiece, jak i w sieci, najważniejsza jest weryfikacja źródła. Jeśli miód kosztuje podejrzanie mało, a oferta jest „limitowana i tylko dziś” – włącz czujność. To ten sam mechanizm psychologiczny, który każe nam klikać w podejrzane linki w pogoni za okazją.

Prawdziwa transparentność (zarówno w kodzie oprogramowania, jak i w słoiku) to podstawa zaufania. Niestety, obecnie często tylko lokalne pasieki, gdzie znamy pszczelarza osobiście, stanowią najskuteczniejszy „antywirus” na rynku. Bez tego nie ma gwarancji, że nie trafimy na jakieś miodowe CVE (Common Vulnerabilities and Exposures).

Miód to nie wszystko: poznaj pierzgę i wosk

Skoro mowa o autentyczności, warto spojrzeć na to, co w ulu najcenniejsze, a trudne do podrobienia. Na zdjęciach widzicie pierzgę, którą pszczoły gromadzą w ramkach. To prawdziwa bomba witaminowa i naturalny suplement o niesamowitej mocy.

Proces jej pozyskiwania jest pracochłonny: ramki się mrozi, a następnie mechanicznie oddziela pierzgę od węzy. Sama węza (pszczeli plastry) jest następnie przetapiana na czysty wosk. Tutaj nie ma miejsca na drogę na skróty, jeśli chcemy zachować najwyższą jakość i etykę biznesową.

Uważajcie na to, co wkładacie do koszyka – i tego realnego, i tego wirtualnego.

Ramka z pierzgą
Rysunek: Ramka z pierzgą, autorka: Beata Zalewa
Share this post:

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *